Work Text:
Dwadzieścia lat później Gotham nie przypominało już miasta.
Przypominało nekropolię.
Bruce Wayne, poruszający się o lasce, ze stabilizatorami na kolanach ukrytymi pod drogim garniturem, stał przed ogromnymi drzwiami sali tronowej w Nanda Parbat.
Nie było już Batmana.
Został tylko stary człowiek, który patrzył, jak jego dziedzictwo płonie w ogniu chaosu, którego nie potrafił ugasić.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Sala tronowa tonęła w półmroku, rozświetlana jedynie fioletowymi runami pulsującymi na ścianach.
Na podwójnym tronie siedzieli oni – niezmienni, jakby czas ich nie dotyczył.
Damian, teraz dojrzały mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu, opierał dłoń na głowicy katany.
Obok niego, Raven, emanująca spokojem godnym starożytnej bogini, przesuwała palcami po starym woluminie.
Jason, starszy i bardziej posępny, stał tuż za nimi, będąc żywą tarczą swojego rodzeństwa.
– Gotham upadło, Damianie – wychrypiał Bruce, nie próbując nawet ukrywać bólu w głosie.
– Joker... on nie jest już człowiekiem. Stał się czymś, czego moja technologia i moje pięści nie potrafią dotknąć.
Damian wstał powoli. Jego ruchy były drapieżne, pełne gracji, której nie posiadał żaden człowiek w Gotham.
Podszedł do ojca, a każdy jego krok odbijał się głuchym echem.
– Ostrzegałem cię, ojcze. Dwadzieścia lat temu, pod tymi samymi murami – głos Damiana był niski i władczy.
– Twoje zasady były luksusem, na który świata nie było stać. Pozwoliłeś chwastom rosnąć, aż udusiły ogród.
– Proszę – szepnął Bruce. To jedno słowo niemal go złamało.
– Pomóż mi. Nie dla mnie, ale dla ludzi, którzy tam zostali.
Raven podniosła wzrok. Jej oczy na moment rozbłysły fioletem. – Bruce szuka odkupienia w cieniach, których zawsze się bał – powiedziała cicho.
– Damianie, jeśli tam wejdziemy, Gotham nigdy nie będzie już takie samo. Nie będzie powrotu do światła reflektorów i policji na ulicach.
Damian spojrzał na Raven, a potem na Jasona, który skinął głową z ponurym uśmiechem.
– Przygotujcie flotę Ligi – rozkazał Damian, a jego głos poniósł się po całej fortecy.
– Raven, otwórz bramy cienia bezpośrednio nad Azylem Arkham.
Jason, ty poprowadzisz awangardę.
Żadnych jeńców.
Żadnych procesów.
Gotham zostanie oczyszczone.
Bruce zadrżał. Wiedział, co to oznacza. Widział w oczach syna wyrok śmierci dla każdego szaleńca w swoim mieście.
– To będzie rzeź... – zaczął Bruce.
Damian położył dłoń na ramieniu ojca. Uścisk był silny, niemal bolesny.
– Nie, ojcze. To będzie chirurgia. Wycinam nowotwór, który ty jedynie pudrowałeś przez dekady. Chciałeś Batmana, ale Gotham potrzebuje Demona.
Tej samej nocy nad Gotham nie pojawił się Batsygnał.
Niebo rozdarło się fioletową szczeliną, z której wyłoniły się tysiące wojowników w szmaragdowych zbrojach, prowadzeni przez skrzydlatego cienia i kobietę, która władała mrokiem.
Bruce Wayne siedział na dachu komisariatu, patrząc, jak po raz pierwszy od lat w mieście zapada cisza : krwawa, brutalna, ale ostateczna. Damian stał obok niego, patrząc na horyzont.
– Widzisz to, ojcze? – zapytał Damian, nie odrywając wzroku od płonącego w oddali Arkham.
– To jest spokój. To jest nasze dziedzictwo.
Batman już nie odpowiedział. Patrzył, jak jego syn i synowa budują królestwo na zgliszczach jego porażki.
Gotham miało teraz nowych władców.
A on... on mógł wreszcie odpocząć, wiedząc, że mrok, przed którym tak długo uciekał, stał się jedyną rzeczą, która uratowała jego dom.
