Actions

Work Header

Lazarus

Chapter 3: ɪɪ

Chapter Text

Nie pojawił się tamtego dnia w antykwariacie. Ani następnego. Ani następnego… 

Frustracja wypełniła serce Emmanuelle — zielona w temacie sprawnego funkcjonowania sklepu została sama. Telefon Samaela odpowiadał jedynie pocztą głosową, więc dziewczyna, nie chcąc wyjść na nachalną, osobiście ustaliła pewne zasady czy ceny. Może trochę zawyżone, ale klienci nie mieli nic przeciwko. Wielokrotnie układała sobie w myślach, zwykle stojąc pod ciepłym strumieniem prysznica, co powie swojemu szefowi, kiedy ten raczy powrócić. Wylała swój żal, rozmawiając pewnego wieczoru z ojcem.

- Olej go, jak nie chodzi wokół własnego interesu to nie twojej głowy kłopot – podsumował, zdejmując z jej ramion ciężar odpowiedzialności.

Nie pomagał jej również dokuczliwy ból głowy, który nie ustawał mimo garści paracetamolu. 

Za każdym razem, kiedy zadrżał dzwonek nad wejściem do antykwariatu, Emmanuelle zatykała uszy. 

Do środka sklepu wślizgnął się staruszek w czarnym meloniku z lśniącą wokół denka wstążką w tym samym kolorze.

- Co tu u pani tak ciemno? Pan Samuel oszczędza na prądzie? - zapytał przyjaźnie mężczyzna, ujawniając siwe włosy, skryte pod nakryciem głowy.

- Szkodzi na antyki — odpowiedziała chłodno, wyraźnie nie mając ochoty na pogawędki. Zlustrowała go wzrokiem przez zmrużone oczy, które zaczęły łzawić, kiedy tylko klient, wchodząc, wpuścił promienie porannego słońca. 

Wiercące uczucie w prawej skroni zniknęło czwartego dnia nieobecności kierownika antykwariatu, a Emmanuelle mogła wreszcie odetchnąć pełną piersią.

 

***

 

Przez różnicę w trajektorii czasu, w Piekle minęły ponad trzy tygodnie. Przebywając w stanie stłumionej świadomości, Samael głowił się nad pozbawieniem anielicy życia. Lucyfer rozmawiał z nim coraz rzadziej, jednak presja wzrastała z każdą godziną. Zjawiał się w laboratorium tylko, gdy nastała w nim absolutna cisza, wychodził rozczarowany raz za razem. 

To tylko słowa. To tylko słowa – głos Lucyfera grzmiał w umyśle Samaela, który słaniając się na nogach, wyciągał dłoń w stronę ledwo żywej anielicy. Z cierpliwością znosiła nieudolne tortury, mamrocząc modlitwy. Nikt nie przybywał z odsieczą.

Jego myśli zawisły gdzieś w przeszłości, kiedy starał się wpaść na nowy sposób uczynienia niemożliwego. Szczątki wspomnień – głosy, błyski, nawet zapachy, wmieszały się w statyczną przestrzeń laboratorium. Jego własne odbicie w szklanych powierzchniach doprowadzało go do obłędu. Przestał poznawać własną twarz i od tego momentu w pomieszczeniu zapadła absolutna ciemność. 

Pociągnął dwa długie łyki z butelki stojącej na blacie stołu, po czym usiadł skrzyżnie na podłodze obok dziewczyny. Teraz okazało się to nazbyt proste – musiał zrobić to, co tamtej feralnej nocy ponad dwie dekady temu. Przeprowadzić proces odwrotny do uleczania, wyciągnąć z istoty resztkę życia, zostawić jej ocalenie jedynie boskiej interwencji.

Odczekał parę minut, aż ustabilizuje się bicie jego serca, a oddech stanie się głębszy. Usłyszał za sobą szczęk klamki i kroki brata, na co tylko uśmiechnął się pod nosem. Skupił resztę swojej energii, sztucznie spotęgowanej płynem, a oczy anielicy wpadły w głąb jej czaszki. Ciałem drobnej dziewczyny szarpnęły krótkie konwulsje. Zaczęła rozsypywać się w drobny proch.

Lucyfer podszedł bliżej, aż zatrzymał się za plecami brata. 

Po chwili z anielicy została garstka pyłu, która niedługo potem wsiąknęła w kamienną posadzkę laboratorium. Samael wydał z siebie głuchy jęk i schował twarz w dłoniach. Przez jego plecy przebiegła fala wstrząsów — Lucyfer w pierwszej chwili pomyślał, że łka, jednak z ust Samaela wydobył się głośny śmiech, odbijający się echem od ścian pomieszczenia. Ciało anioła rozbłysło, rzucając blady poblask na laboratoryjną aparaturę. Wstał sprężystym ruchem i spojrzał dumny na Lucyfera. Rozłożył ręce, prostując się.

- Ta wojna nie potrwa nawet oktawy!

 

***

 

Dźwięk dzwonka nad drzwiami wypełnił pomieszczenie, kiedy Samael wszedł do antykwariatu. Rozejrzał się po wnętrzu, zauważając ubytki w towarze, na co uśmiechnął się pod nosem. Jego wzrok szybko powędrował w górę, na półki na szczytach regałów, przedmioty znajdujące się tam tkwiły w niezmiennym porządku. Zza futryny drzwi prowadzących na zaplecze wyłoniła się głowa Emmanuelle, a na jej twarzy momentalnie zagościł nieokreślony wyraz. Anioł spojrzał jej w oczy ze spokojem, szybko jednak zmąconym - z tyłu głowy usłyszał nowe słowo: zatrucie. W ostatniej chwili powstrzymał się, by nie zmarszczyć brwi. Przerwał wkrótce ciszę, czując na sobie wiercący wzrok dziewczyny.

- Mam świadomość, że przysporzyłem ci kłopotów, ale wynagrodzę ci to stosowną premią, dobrze? 

Kiwnęła głową w odpowiedzi i zbliżyła się powoli do niego, obserwując jego twarz.

Jak zwykle wyglądał na zmęczonego, jednak prezentował się zdrowiej. Miodowe krążki jego oczu oraz rumiane policzki nadawały życia jego obliczu. Ciemne włosy upiął w luźny kucyk, którego ogon zwisał swobodnie między łopatkami. Jego ramiona opinała jasnoniebieska koszula, lekko rozpięta przy szyi, na której gładka powierzchnia blizny odbijała promienie południowego słońca. Samael delektował się czujnym wzrokiem dziewczyny na swoim ciele, cierpliwie obserwując, gdzie pada jej spojrzenie. 

- Co udało ci się sprzedać? - zapytał nieco rozbawionym tonem, wyraźnie wyrwawszy Emmanuelle z zamyślenia.

- Trochę książek. Często przychodził taki mały pan w meloniku. Nie wiedziałam, że są ludzie zainteresowani takimi tematami. - Podeszła do regału, na którym brakowało kilku pozycji i przebiegła palcem po skórzanych grzbietach.

- Co masz na myśli? - Podążył za nią i zatrzymał się w stosownej odległości, krzyżując ręce na piersi.

Spuściła wzrok, zastanawiając się nad zadaniem pytania. Po chwili jednak odwróciła się w jego stronę i spojrzała mu w oczy.

- Skąd są te księgi? O nieśmiertelności, o roślinach pozaziemskich? Kto to pisze i po co ktoś to czyta? - Przekrzywiła głowę, przez jej myśli przebiegło podejrzenie, że właściciel oraz klienci sklepu mogą nie być do końca zdrowi na umyśle.

Zaśmiał się pod nosem. Przeniósł wzrok na ladę, gdzie leżały zakurzone słowniki łaciny, greki i aramejskiego, a także zeszyt, w którym dziewczyna zapisała przetłumaczone tytuły lub spisy treści pozycji na półkach. 

- Chciałbym, żebyś sama to odkryła. - Przerwał na chwilę, po czym odezwał się z cichym cmoknięciem. - Niektóre z nich są moje. - Rozłożył ręce i powoli obrócił się wokół własnej osi.

- Aha… A które? - zapytała niepewnie.

- Jutro mi powiesz – odparł rozbawiony, szeroko się uśmiechając. Ruszył w stronę drzwi, kątem oka nadal ją obserwując.

Dziewczyna z oburzeniem wyrzuciła ręce w powietrze, a Samael jedynie roześmiał się i wyszedł, a dzwonienie wypełniło główną salę antykwariatu.

 

***

 

Emmanuelle podjęła wyzwanie rzucone przez anioła. Ledwo oddalił się od sklepu, a ona popędziła na zaplecze w poszukiwaniu odpowiedzi. Jej wzrok od razu padł na biurko pełne szuflad — mniejszych i większych. Przestawiła wszystkie, poza monitorem komputera stacjonarnego, przedmioty, znajdujące się na blacie na podłogę i opróżniła pierwszą szufladę, trzaskając papierami o biurko. Przyniosła jeszcze notes, ołówek oraz telefon, po czym zaczęła przeglądać pojedynczo kartki. Znalazła raport tytułu własności, dowód posiadania środków i akt własności lokalu, jednak wczytując się w nie, zmarszczyła brwi. Nigdzie na dokumentach nie padało nazwisko Samaela, a jedynie „kupujący”. Przeglądała dalej, natykając się na umowę kupna-sprzedaży, na której również właściciel antykwariatu był anonimowy. 

Bez nazwiska te dokumenty są w ogóle wiążące? - przemknęło jej przez głowę. Wsadziła stos kartek z powrotem do szuflady i opróżniła następną. Tu wpadł jej w ręce dokument zakupu, świadczący, że Samael kupił lokal bez brania kredytu. Pokiwała głową z uznaniem i odłożyła kartkę. Usiadła na krześle, czując ból ścierpniętego kręgosłupa. Plikiem papierów okazały się notatki, enigmatyczne przez labirynt strzałek, poprowadzonych między różnymi słowami. Zaczęła rozkładać je płasko na blacie obok siebie, zauważywszy, że pojęcia na kartkach przerywa koniec płaszczyzny papieru. Po paru minutach uporała się z zadaniem, bo notatki ułożone były po kolei. Łacińskie napisy, po zmrużeniu oczu, układały się w dwie spirale, przecinające się i rozwijające się w przeciwnych kierunkach. Rozpoznała pojedyncze wyrazy, co na niewiele się zdało. Zapisała w notesie: anima, angelus, immortalitas. Złożyła notatki w poprzedniej kolejności i sięgnęła do kolejnej szuflady, tym razem większej. Tym razem kartki zapisane były w klasyczny sposób, znów po łacinie. Wczytała się w nie, zaczynając od końców długich zdań, by odnaleźć czasowniki. W tekście odnalazła kilka najczęściej powtarzających się słów – custos, protector, serpentus. 

Na zewnątrz niebo przybrało siną barwę, dziewczyna spojrzała na zegar i zdumiała się, że przeglądanie notatek Samaela zajęło jej ponad cztery godziny. I tak niewiele z nich zrozumiała. Doszła do wniosku, że pisze on o religii, raczej chrześcijańskiej, oraz że stawia tezy i je obszernie wyjaśnia. 

Pozostało jej odnaleźć właściwe pozycje na półkach. Chwyciła zeszyt, po czym podążyła do głównego pomieszczenia, po drodze zapalając światła. Spróbowała przywołać mentalną mapę sklepu, którą nakreślił jej Samael, rozejrzała się wokół. Odrzuciła pozycje z przodu sklepu, które stanowiły atlasy i ilustrowane poradniki medycyny niekonwencjonalnej. 

- Jeśli chce się ze mną bawić to albo ukrył księgi w nietypowym miejscu, albo w oczywistym… - wyszeptała do siebie i zmrużyła oczy, rozglądając się wokół. Jej wzrok padł na egzemplarz tkwiący na samej krawędzi półki, powoli przechylający się w stronę podłogi. 

Podeszła do półek krzyżujących się w rogu, gdzie stał fotel. Wyciągnęła kilka ksiąg, których grzbiety łączył mały, acz kluczowy element – ס. Początkowo uznała znak za łacińskie O, ale kiedy przyjrzała się bliżej, rozpoznała charakterystyczną dla pisanego hebrajskiego S falę nad pętelką. Tytuły zapisane były cienką złotą czcionką, ku uciesze dziewczyny, po łacinie. 

Co za egoista, czytał własne książki, kiedy ma tyle innych do wyboru! - zaśmiała się w duchu. Otworzyła jedną z ksiąg na miejscu, gdzie między stronami przebiegała ciemnozielona wstążka, zakończona owalnym elementem – głową węża. Wróciła jednak do spisu treści, podeszła do komputera i przetłumaczyła fragment. Jak zdążyła się domyślić, traktowała o nieśmiertelności duszy, a w drugiej części książki – o sposobach jej zniszczenia. Emmanuelle uśmiechnęła się kwaśno, uznając tezy Samaela może nie za nonsens, ale czcze rozprawianie o rzeczach niemożliwych. Przetarła zmęczone powieki, odłożyła wyciągnięte księgi na ladę i zaczęła zamykać sklep. Powiew lodowatego powietrza wywołał dreszcze na jej plecach, rozejrzała się za jego źródłem. Narzuciła na siebie bluzę, którą szybko zdjęła, wyszedłszy na zewnątrz, gdzie wciąż panował letni zaduch. Niepokój rozlał się po jej ciele i, kiedy tylko zamknęła drzwi na klucz, popędziła w stronę mieszkania żwawym krokiem. 

W jej głowie myśli również galopowały. Nie chodziła prawie wcale do kościoła, jednak wierzyła w jakąś siłę wyższą, panującą nad ludźmi. Starała się żyć w miarę zgodnie z wartościami chrześcijańskimi, ale po śmierci matki uznała świat za zbyt niesprawiedliwy, by chwalić Boga za jego stworzenie. 

Co jeśli on popełnia bluźnierstwa, a teraz mnie w to wciąga? Przecież nic nie może mi się stać przez to, że on kwestionuje boskie prawa – pomyślała. Zapałała nagłą niechęcią do Samaela i do wyzwania, które jej rzucił. Znalazła się w niewygodnym położeniu – czy zwolni ją za niezgadzanie się z jego tezami? Czy jeśli bezmyślnie mu przytaknie, to będzie jeszcze gorzej? Jej byt zależał teraz od jego kaprysu, co rozgrzało dziewczynę ze złości. Weszła do mieszkania, trzaskając drzwiami i kląc pod nosem. 

Samael zmaterializował się wreszcie w głównym pomieszczeniu sklepu i rozprostował kości zesztywniałego kręgosłupa. Kilkugodzinne wiszenie pod sufitem jako smużka dymu, a także obserwowanie zmagań dziewczyny przysporzyło mu nietaktowną ilość rozrywki. Uśmiechał się do siebie, widząc narastającą frustrację Emmanuelle, ale dla uciszenia swego sumienia przesunął jedną z ksiąg na skraj półki. Z antykwarycznego komputera wykonał również dość znaczny przelew, nie wiedząc dokładnie, jakie stawki za tydzień oferują podobnego typu lokale. Pieniądze wraz z premią przetransferował z firmowego konta, obnażając część danych przed dziewczyną. 

Obserwowanie Emmanuelle podarowało mu kilka godzin niezmąconego odpoczynku. Pozwolił myślom swobodnie płynąć, gubiąc napięcie, ciążące na jego ramionach od momentu prośby Lucyfera. Cisza przerywana jedynie przewracaniem kartek i okazjonalnymi westchnięciami dziewczyny, ukoiła jego obawy – do czasu. Gdy przekręciła klucz w drzwiach, wszystko wróciło do niego ze zdwojoną siłą.

Gotowy na więcej? – usłyszał głos brata z głębi swojego umysłu. Odchylił się ze stęknięciem na fotelu, stojącym w rogu antykwariatu i przymknął oczy. Splótł palce, opierając dłonie na udach. Zignorował wiadomość i wsłuchał się w szum samochodów przejeżdżających przez przecznicę oraz w miarowe tykanie zegara. 

Po kilku minutach do jego uszu dobiegł szelest szaty. Rozchylił powieki, po czym zlustrował brata wzrokiem od góry do dołu.

- Ty wśród śmiertelnych? - zapytał, przechylając głowę.

- Wydaje mi się, że za bardzo zapuściłeś tutaj korzenie. Niepotrzebnie słabniesz, bracie.

Samael w odpowiedzi przewrócił oczami i wstał, równając się z Lucyferem.

- Co dla mnie masz?

- Troje świeżych. Oczekuję, że do momentu oficjalnego rozpoczęcia wojny będziesz w stanie wyeliminować cały legion. - Podniósł jeden z kącików ust.

Uniósł brew i spuścił głowę, kręcąc nią. 

- Ambitnie – odparł z fałszywym podziwem. - Jutro się tym zajmę. 

- Oj, nie, nie. - Złapał go za przegub, regały zawirowały wokół nich i po chwili znaleźli się w ciemnym laboratorium. - Teraz – odparł stanowczo, wskazawszy spętane łańcuchami skrzydlate istoty. Podał mu butelkę z mlecznym płynem, z której Samael niechętnie pociągnął długi łyk.

W jego oczach pomieszczenie wydłużyło się i zafalowało, niczym na statku. Światło świec odbijające się od metalowych aparatur pozostawiło migające mroczki w jego polu widzenia. Usiadł na blacie stołu, po czym przymknął oczy, odcinając się od zmysłów oraz zewnętrznych bodźców. Skupił z łatwością uwagę i po krótkiej chwili znalazł się z aniołami w znajomej, ciemnej pustce. Ich skrzydła drgały w konwulsjach, gubiąc śnieżnobiałe pióra. Zacisnął dłonie w pięści, na co ciała jego ofiar zaskwierczały, a zaświaty wypełniły się ogłuszającym krzykiem. Samael stracił przytomność na kilka sekund, rozciągających się w wieczność. Miał teraz wątpliwości, gdzie się znajduje – pustka i wnętrze laboratorium zlały się w jedno, gwałtownie wirując wokół niego. Wstrząsnęły nim mdłości, ale powstrzymał wymioty w ostatnim momencie. Trzy anioły leżały przed nim, rozpadając się w pył, lśniąc oślepiającym światłem. Uśmiechnął się do siebie, gdy pozostałość po niebieskich istotach wsiąkła w posadzkę. 

Pod jego powiekami zrobiło się biało. Odzyskał wzrok po nieokreślonym czasie i ujrzał swoje bezwładne ciało, rozciągnięte na stole, a także Lucyfera stojącego niepewnie w drzwiach. Z trudem powrócił do swojej materialnej formy. Ocknął się, kiedy brat szarpnął go za ramię. Spojrzał na niego początkowo z lękiem, ale po chwili na jego twarzy rozciągnął się szeroki uśmiech. 

Lucyfer włożył mu w dłoń butelkę i poklepał go po plecach z uznaniem. 

- Pij, poczujesz się lepiej – odparł łagodnie, zbliżając naczynie do jego ust. 

Samael nie do końca świadomie poddał się bratu. Wsparł się na jego ramieniu, przełykając powoli płyn. Zauważył, że nie znajduje się już w ciemnym laboratorium, dopiero gdy przez okna jego ziemskiego mieszkania wpadły promienie wschodzącego słońca. 

 

Zdziwiła się, widząc otwarte rolety witryn antykwariatu. Już dochodząc do przeszklonych drzwi zauważyła Samaela, siedzącego w fotelu, z książką na kolanach i filiżanką w dłoni. Na zegarze krótka wskazówka nie przekroczyła jeszcze dziewiątki.

- Poszukiwania były owocne? - zapytał z lekkim uśmiechem, podnosząc wzrok na dziewczynę. Jego twarz była szara, a oczy zamglone ze zmęczenia. Patrzył na nią spod zasłony ciemnych rzęs.

Potwierdziła skinieniem, odwzajemniając uśmiech. Jak mogła być zła na wyraźnie chorego człowieka? Żołądek zacisnął jej się w bolesny supeł na myśl, że może pozostało mu niewiele czasu. Niemal potrząsnęła głową, by odgonić od siebie tak dalekosiężny wniosek. Odłożyła torebkę pod ladę i przesunęła palcami po okładce jego książki, znajdującej się najwyżej stosu. 

- Nie wiedziałam, że zajmujesz się farmacją – odparła, spoglądając na niego.

Zaśmiał się pod nosem, odłożył książkę i filiżankę na jedną z półek, po czym podszedł do lady od drugiej strony. 

- Muszę z czegoś wyżyć. Antykwariat zaspokaja jedynie moje pasje. - Rozejrzał się z szacunkiem po pomieszczeniu, po chwili jego wzrok wrócił na twarz dziewczyny. - To jak twoje śledztwo?

- Nie ma w nich przypisów czy bibliografii – podsumowała zamyślonym tonem, rozkładając stos na blacie. - Gdzie więc czerpiesz wiedzę na te tematy? Skąd potrzeba napisania tych książek?

- Wiedza, hm… – Potarł swoją brew. – Z osobistych doświadczeń i z Biblii oczywiście. Potrzeba wynikła z poczucia niesprawiedliwości. Aspiruję, by się go pozbyć, choć czuję, że nie stanie się to prędko. - Roześmiał się po chwili perlistym śmiechem, drapiąc się po karku. - Czy to nie dziwne, że komukolwiek to powiem, ma te same odczucia?

Pokiwała głową z namysłem.

- Znasz hebrajski czy to tylko symbol? - Wzięła jedną z książek i obróciła grzbietem do siebie, obrysowała kciukiem kształt złotej litery.

- Znam. W oryginale Biblia jest dużo precyzyjniejsza. - Spojrzał za siebie, gdy rozległ się dźwięk dzwonka. 

Do sklepu, ściągając melonik, wszedł najlojalniejszy z klientów. Na widok Samaela uśmiechnął się szeroko, obnażając drobne, lekko pożółkłe zęby. Gdy podszedł bliżej, wraz z wonią świeżo zgaszonego papierosa, jego twarz sposępniała.

- Samuelu, idź do domu, chłopcze! - Złapał go za rękaw białej koszuli. Poklepałby go po ramieniu, gdyby nie różnica wzrostu. - Ona sobie poradzi, bez obaw, ale ty się zaraz przewrócisz – dodał z ojcowską troską.

Mężczyzna skurczył się pod dotykiem staruszka. Zachmurzył się, jakby nagle zdając sobie sprawę ze swojego lichego stanu. Przez jego twarz przemknął cień nieokreślonego rozgoryczenia. Czując na sobie wzrok dziewczyny, wyprostował plecy i zdobył się na uśmiech.

- Czego dzisiaj szukasz? 

- Właściwie to niczego. Ciekaw byłem, czy już wróciłeś. - Wygładził odstającą od melonika nitkę, ściszył głos. - Muszę z tobą pomówić o… Może mógłbyś mi pomóc. - Podniósł na niego zaszklony wzrok.

Emmanuelle wymknęła się na zaplecze, pozwalając mężczyznom na swobodniejszą rozmowę. Usiadła za biurkiem, zamknąwszy za sobą drzwi do gabinetu.

Samael pochylił się nad małą postacią i położył dłonie na jego ramionach w geście pokrzepienia. Szepnął coś do ucha starca, na co ten energicznie pokiwał głową. Dziewczyna, obserwując scenę przez kamerę monitoringu, mogła jedynie domyślać się treści ich rozmowy. Samael zapisał kilka linijek na samoprzylepnej karteczce, po czym włożył ją do kieszeni w koszuli staruszka. Ten podziękował mu wylewnie, kłaniając się, a kilka minut później był już na zewnątrz antykwariatu. Emmanuelle odczekała jeszcze chwilę, aż wyłoniła się z zaplecza. Mężczyzna wpatrywał się zamyślony w witrynę sklepu, z dłońmi w kieszeniach swoich czarnych spodni zaprasowanych starannie w kant. Odwrócił się powoli, siląc się na łagodny uśmiech.

- Na czym skończyliśmy? 

- Nie pamiętam – odparła lekko zakłopotana, wzruszając ramionami. – Jak masz właściwie na imię: Sama-el czy Samu-el? - zapytała, wymawiając z naciskiem samogłoski, różniące imiona.

- Ach, – zaśmiał się pod nosem – mówi na mnie Samuel, bo uważa, że rodzice skrzywdzili mnie moim właściwym imieniem. Ma podobno ładniejsze znaczenie. – Widząc pytający wzrok dziewczyny, ciągnął dalej. - ‘Bóg wysłuchał’, a Samael ‘Jad Boga’. Nie wiem, czy to słuszne, ale on nie da się przekonać.

Pokiwała głową w odpowiedzi, spojrzała na niego z niepokojem.

- Chyba faktycznie powinieneś iść do domu. 

- Dziękuję, ale czuję się do-... - urwał, kiedy Emmanuelle wskazała na jego szyję. Dotknął blizny i zmarszczył brwi, czując coś mokrego na palcach.

Z bladej smugi wystąpiły obfite krople ciemnoszkarłatnej krwi, tworząc lśniące korale, wyciągnięte prosto z koszmaru. Samael zacisnął zęby, oparł dłoń na ladzie i schylił głowę, mając wrażenie, że regały zaraz na niego runą. Dziewczyna spojrzała na niego bezradna, gdy zachwiał się ponownie, podsunęła mu krzesło, które stało za ladą, po czym zmusiła, by usiadł, naciskając na jego ramię. Poszła żwawym krokiem na zaplecze, wróciła z apteczką i rozłożyła ją na ladzie. Chwyciła za bandaż. Krople krwi zaczęły spływać powoli w stronę obojczyków Samaela, brudząc jego śnieżnobiałą koszulę.

- Nie wiem, jak mam to zatamować – odparła ze zrezygnowaniem.

Podniósł na nią wzrok, cienie pod jego oczami zionęły niezdrową szarością, niemal fioletem. Rozpiął pierwsze dwa guziki, obnażając opaloną klatkę piersiową, unoszącą się i opadającą w rytm nieregularnego oddechu. Jego czoło zalśniło drobnymi kropelkami potu.

- Jakkolwiek. Powinno zaraz przestać. - Otarł wierzchem dłoni wilgotną twarz, odetchnął głęboko, a po chwili chwiejnie dźwignął się na nogi.

- Zdarzało ci się wcześniej? - Nie odsunęła się, kiedy wstał. Tkwiła w miejscu z bandażem w pogotowiu, a Samael spojrzał ponad nią w stronę swojego odbicia w przeszklonym regale. Pokręcił powoli głową, łapiąc się za szyję. Krew wsiąknęła w skórę jego dłoni. - Mam zadzwonić po karetkę?

- Nie, nie. Obejdzie się – odparł, spuściwszy wzrok na ubrudzoną dłoń.

- Więc pozwól sobie pomóc. - Zabrała apteczkę, skierowała się na zaplecze i stanęła w drzwiach, wbijając oczekujące spojrzenie w Samaela. 

Podążył posłusznie, czując, że krwawienie prędko nie ustanie. Opadł ciężko na krzesło obrotowe, stojące za biurkiem, które odpowiedziało przeciągłym skrzypnięciem. Zawinął włosy z tyłu głowy, przebijając je ołówkiem, by zabezpieczyć upięcie. Dziewczyna nawilżyła gazę płynem antyseptycznym, po czym przemyła bliznę. Zmarszczyła brwi, widząc, że nie jest otwarta, a krew wydostaje się właściwie z nienaruszonej skóry. Oczyściła resztę jego szyi z lekko brązowawych już smug. Ostrożnie owinęła bandaż wokół, zapinając na blaszaną klamerkę. Zanim zdążyła dobrze zabezpieczyć opatrunek, gaza nasiąknęła krwią.

Samael obserwował uważnie każdy jej ruch oraz drgnięcia twarzy, coraz bardziej nerwowe. Szybko połączył skutek z przyczyną i, pierwszy raz od wielu lat, na jego sercu ciążyły wyrzuty sumienia. Chodziło mu bardziej o odwrócenie ról stróż-podopieczna niż o naruszenie świętego porządku ustalonego przez Boga, ale jednak. 

Ujął ostrożnie jej nadgarstek, odsuwając go od bandaża. Spotkał jej zaniepokojone spojrzenie i pokręcił głową. Dreszcz spłynął po plecach dziewczyny gwałtowną falą.

- Nie umrę od tego, zostaw – odparł łagodnie, lecz z nutą stanowczości, na co Emmanuelle cofnęła się o krok.

- Może to nie moja sprawa, ale… dlaczego to się stało? - Spuściła wzrok na swoje paznokcie, nadal czując dotyk jego lodowatych dłoni. 

- Kara boska. - Roześmiał się gorzko, a wraz ze spazmami mięśni, krew pociekła z blizny gęstszym strumieniem. Odwinął coraz cięższy bandaż i obejrzał w dłoni. Podniósł głowę, kiedy w głównym pomieszczeniu antykwariatu rozbrzmiał dzwonek. - Obsłużysz?

Dziewczyna skinęła i opuściła zaplecze, przymykając za sobą drzwi. Samael odprowadził ją wzrokiem, po czym wstał, nadal z przesiąkniętym opatrunkiem w dłoni. Rozejrzał się po ciasnym, zagraconym gabinecie. Podszedł do uschniętego sukulenta, właściwie kikuta koloru piasku i pochylił się nad nim, pozwalając krwi swobodnie skapnąć do doniczki. Spróbował wyżymać bandaż, jednak nie uleciała z niego już żadna kropla. Roślina zaczęła nabierać zdrowej, turkusowej barwy, a jej łodygi podniosły się w stronę okna, z którego, przez drobinki kurzu, przedzierały się promienie słońca. Uśmiechnął się do siebie z przekąsem, dotykając zabrudzonego kołnierza koszuli.